Dzisiaj mija kolejna rocznica rozpoczęcia operacji Powódź Al-Aksa. Od trzech lat miliardy ludzi oglądają transmitowane na żywo ludobójstwo, dokonywane przez Izrael. Nic dziwnego, że hasła propalestyńskie, zaledwie kilka lat temu będące domeną obsmarowywanych przez media i polityków „komunistycznych bojówkarzy”, przebiły się w końcu do głównego nurtu. Namalowane na murach słowa „Free Palestine” możemy zobaczyć dzisiaj w każdym mieście, na antysyjonistycznych sloganach buduje się całe kampanie wyborcze, a krytykować Izrael nauczyli się w końcu nawet konserwatywni dziennikarze. Niestety, rzeczywistość Palestyńczyków pozostaje taka sama. W tym tekście przyjrzymy się działaniom, stanowiskom oraz celom liberalnych „przyjaciół” Palestyny i zastanowimy się dlaczego, choć zmieniło się tak wiele, izraelskie bomby niezmiennie mordują arabskie dzieci.
Naturalnie nasz wzrok skierujemy najpierw ku najpopularniejszemu spośród zachodnich polityków wyniesionych do władzy na fali propalestyńskich protestów — Zohranowi Mamdaniemu. Ten charyzmatyczny działacz, aktywnie udzielający się w antykolonialnych inicjatywach od ponad dekady, wygrał pod koniec zeszłego roku wybory na prezydenta Nowego Jorku, miasta będącego jednym z kluczowych centrów ruchu syjonistycznego. W swojej kampanii, prowadzonej przez socjaldemokratyczne DSA, oprócz programów socjalnych dla samych nowojorczyków, obiecywał też bezkompromisowe podejście do sprawy palestyńskiej. Zobowiązał się on m.in. do aresztowania Binjamina Netanjahu, gdyby ten zdecydował się odwiedzić jego miasto.
Słowa Mamdaniego niestety szybko zweryfikowała rzeczywistość. Objęcie stanowiska koincydowało ze zbliżeniem się polityka do bardziej tradycyjnych, otwarcie proizraelskich kręgów Partii Demokratycznej. Już w pierwszych dniach po wyborach ogłosił, że głową nowojorskiej policji pozostanie Jessica Tisch, dumna syjonistka, odpowiedzialna za tłumienie propalestyńskich protestów i okupacji. Odcinając się od swojej przeszłości w ruchu, nowy prezydent szybko nauczył się Hasbary i dołączył do potępiania działaczy protestujących przed synagogami, w których sprzedawano palestyńską ziemię. Kilka tygodni temu wiarygodność dawnego antysyjonisty postanowił wreszcie sprawdzić sam premier Izraela, odwiedzając w końcu Nowy Jork. Blef Mamdaniego, działającego według zasady „cóż szkodzi obiecać”, został zweryfikowany — do aresztowań rzeczywiście doszło, tyle tylko, że aresztowanymi byli propalestyńscy protestujący, a nie izraelscy zbrodniarze.
Dla sprawy Palestyny nie ma znaczenia czy Zohran Mamdani rzeczywiście stopniowo przyjął syjonistyczne poglądy, czy po prostu dostosował swoje zachowanie do oczekiwań Demokratycznego estabilishmentu. Efekt pozostaje ten sam — słuszny gniew tysięcy radykalnych, pełnych szczerych chęci działaczy został przekuty w bezwartościowe zwycięstwo neo-neoliberalnego oportunisty. System nie został pociągnięty na lewo, to dawni lewicowi aktywiści zostali pociągnięci w prawo, próbując pogodzić swoje odważne deklaracje z realiami kapitalistycznej gospodarki, opartej na militaryzmie i imperialistycznym wyzysku. Biorąc pod uwagę, że europejska socjaldemokracja nadal opiewa kampanię DSA jako wielki triumf, nie wątpimy, że ten schemat jeszcze wiele razy będziemy oglądać na naszym własnym podwórku.
W przeciwieństwie do Zohrana Mamdaniego, polscy socjaldemokraci nigdy nie stali twardo na antysyjonistycznych pozycjach. W 2023 roku, gdy rząd izraelski zintensyfikował czystki etniczne, Anna Maria Żukowska, posłanka Nowej Lewicy pojechała na „misję” do Izraela. Powielając syjonistyczną propagandę, następne tygodnie spędziła opowiadając o „prawie do istnienia i obrony przed terrorystami” tego kolonialnego projektu, co nie spotkało się z większymi protestami wewnątrz partii, skupionej na wyborach parlamentarnych. Na pierwszym miejscu głosy syjonistów postawili także koledzy Żukowskiej ze wspólnej listy — politycy z Partii Razem, którzy postanowili wystosować stanowisko w sprawie ludobójstwa dopiero po wyborach, kilka tygodni po 7 października. Zaczęli je oczywiście od potępienia palestyńskiego ruchu narodowowyzwoleńczego, powtórzenia syjonistycznej narracji o „mordowaniu cywili” i sprowadzenia walki zbrojnej okupowanej ludności do „terroryzmu”.
Anna Maria Żukowska szybko stała się wrogiem numer jeden ruchu propalestyńskiego i w pewnym momencie usunęła wręcz swoje konto z Twittera, nie mogąc już znieść fali krytyki. Tymczasem stanowisko Razem, ostrożne i symetrystyczne, nie spotkało się z większym oporem na polskiej scenie, a działacze partyjni szybko przeniknęli do środowisk antysyjonistycznych, podłączając się pod organizowane demonstracje. Drastyczna różnica w wyczuciu nie zmienia jednak tego, że otwarty, wulgarny syjonizm Żukowskiej i delikatny, liberalny syjonizm Razem więcej łączy, niż dzieli. Ani Nowa Lewica, ani Razem, nie sprzeciwiają się istnieniu zbudowanego na ludobójstwie i kolonizacji państwa Izrael, z założenia stawiającego żydowskich osadników ponad rdzenną ludnością palestyńską. Ani jedno, ani drugie ugrupowanie nie popiera w praktyce prawa Palestyńczyków do zbrojnego oporu przeciwko okupacji. Choć wraz ze zmianami wśród opinii publicznej obydwie partie przyjęły bardziej antyizraelską estetykę i charakterystyczną dla liberalnych syjonistów retorykę wycelowaną przede wszystkim w samego Netanjahu, u żadnej z nich nie znajdziemy konsekwentnego, antykolonialnego stanowiska, którym byłoby poparcie dla wyzwolenia całej Palestyny.
Syjonistyczne stanowiska lewicy socjaldemokratycznej nie istnieją w próżni. Są one raczej objawem głębszego problemu współczesnej socjaldemokracji, odrzucającej klasową analizę, i akceptującej liberalne dogmaty oraz imperialistyczny porządek świata. Partie takie jak Razem czy Nowa Lewica nie mogą walczyć z siłami odpowiedzialnymi za ludobójstwo Palestyńczyków, bo w gruncie rzeczy po prostu popierają istnienie tych sił. Ich polityka sprowadza się więc do symbolicznego sprzeciwiania się objawom choroby, przy jednoczesnym umacnianiu instytucji będących jej źródłem.
Programy zarówno Razem, jak i Nowej Lewicy zakładają m.in.:
– rozbudowę kapitalistycznego przemysłu zbrojeniowego, z założenia zarabiającego na wojnie i ludobójstwie — w chwili, gdy europejski przemysł „obronny” odpowiada za około ⅓ dostaw broni dla Izraela
– zacieśnienie współpracy w ramach Unii Europejskiej, blisko współpracującej z Izraelem handlowo, dyplomatycznie oraz naukowo
– wzmocnienie służb wykorzystywanych do represjonowania lewicowych, propalestyńskich działaczy, próbujących powstrzymać produkcję czy dostawy broni dla izraelskich ludobójców
Niezależnie od ozdobników, są to więc programy w praktyce wrogie Palestyńczykom i wszelkim innym narodom walczącym z kolonializmem. I nic w tym dziwnego — demokracja liberalna uniemożliwia wprowadzenie prawdziwie antyimperialistycznego programu. Nie sposób w warunkach kapitalizmu stworzyć taki „przemysł obronny”, który, aby utrzymać się w warunkach wolnego rynku, nie musiałby też przy okazji sprzedawać broni ludobójcom. Nie da się wzmocnić imperialistycznych instytucji bez rozwijania ich zdolności do angażowania się w imperialistyczne zbrodnie.
Nie oznacza to jednak, że nie można zrobić nic. Po pierwsze, istnieją i istniały siły realnie wspierające palestyński ruch oporu. Realizowanie takiej polityki na skalę państwową nie jest niemożliwe — po prostu nie realizują jej zachodnioeuropejskie demokracje liberalne, a raczej państwa i grupy przez nie zwalczane. Dla przykładu jeszcze w XXI wieku Libia oferowała wsparcie materialne oraz militarne dla antyizraelskich bojowników, co zmieniło się po obaleniu rządu Mu’ammara al-Kaddafiego przy pomocy NATO. Po stronie Palestyńczyków z bronią w ręku do dziś stoją różne arabskie organizacje, za co spotykają je represje i sankcje ze strony państw Unii Europejskiej, czy nawet zbrojne ataki członków wcześniej wspomnianego sojuszu „obronnego”, za którego rozwojem opowiadają się „propalestyńscy” socjaldemokraci.
Wiemy oczywiście, że zmiana systemu i zerwanie polskiej kolaboracji z imperialistami to odległa perspektywa. Nawet w warunkach kapitalizmu możemy jednak prowadzić skuteczny opór — tak długo, jak zamiast opierać się na reformistycznych politykach i państwowych instytucjach, działamy w ramach bojowego ruchu pracowniczego. Za przykład niech posłużą nam włoscy dokerzy, którzy w ramach akcji solidarnościowych rok temu wstrzymali dostawy skierowane do Izraela. W Polsce stopień uzwiązkowienia jest niższy niż we Włoszech, idee socjalistyczne są dużo mniej obecne w związkach, a restrykcyjne prawo strajkowe uniemożliwia legalne strajki polityczne. Pracujemy jednak nad zmianą wszystkich tych aspektów, aby stworzyć warunki, które bardziej zachęcałyby pracowników do stawiania oporu imperialistycznej machinie wojennej.
Stworzenie od zera silnej, radykalnej, antyimperialistycznej organizacji pracowniczej jest zadaniem trudnym, wymagającym ogromnej ilości czasu i pracy. Tak jak i wy, kolejny już rok widzimy w internecie nagrania z brutalnych izraelskich ataków i czytamy o coraz wyższej liczbie ofiar. Tak jak i wy, czujemy presję i bezsilność. Tak jak i wy, chcielibyśmy, aby istniało jakieś proste rozwiązanie: kandydat, na którego wystarczy zagłosować, petycja, którą wystarczy podpisać, protest, na którym wystarczy się pojawić. Niestety, po prostu tak nie jest. Zamiast pokładać zaufanie w zawodowych politykach, musimy budować ruch i włączać się w działania praktyczne — im wcześniej, im nas więcej, tym lepiej. Palestyńczycy zasługują na zdrowie, bezpieczeństwo i przyszłość, której nie zapewnią im symboliczne wyrazy solidarności.

